Wiosną umierają

Głodne, spragnione, wyczerpane zimową hibernacją, wiosną jeże wyruszają na poszukiwanie pokarmu i partnerów do prokreacji. To ten okres, gdy jak zauważa Pat Morris („The New Hedgehog Book”), pędzą tak szybko przed siebie  jak gdyby „poruszały się na kółkach”, a nie walecznie dzięki szybkim ruchom małych nóżek.
 
Wyruszą w ogóle, jeśli wcześniej dotrwają do i przeżyją hibernację, nie zostaną przez psa wygrzebane  z norki zimą często ku uciesze jego właściciela lub unikną spalenia wraz z ogrodowymi śmieciami późnym lutowym popołudniem. A jak wyruszą, ewentualnie zostaną potrącone przez samochód, bo nawet nie rozjechane i pozbawione życia na „ raz-dwa”. Często dopiero trzecie auto daje radę po jeżu bezpośrednio przejechać. Ewentualnie konać będą na poboczu drogi, jak się doczołgają z bezwładnymi tylnymi łapkami. Średnio konać da się nawet ponad tydzień, bo archaiczne jeże walczyć potrafią ze śmiercią jak mało kto. Ta ich walka nas onieśmiela, gdy już wiemy że była daremna.  I trzeba skończyć.
 
Taka wiosna zielona i tyle cierpienia. Wiosna 2012 roku to u nas prawie same beznadziejne przypadki. Ciągle zbyt późno do nas potrzebujące pomocy jeże trafiają. A jak już, to w takim stanie, że tylko siąść i płakać. Szokujące, jak potrafią walczyć o życie takie jeże.
 
Niektóre jeże, które zostały uśmiercone ze względów humanitarnych lub umarły mimo naszej intensywnej opieki tej wiosny. Na ogół z poważnymi urazami w wyniku zdarzeń komunikacyjnych (tzw. „potrącenie i przeciągnięcie”). Na ogół też, bo trafiły do nas zbyt późno.
 
 
Jeż potrącony i przeciągnięty przez samochód, który przeżył uraz i przez wiele dni cierpiał na wolności. Został uśmiercony ze względów humanitranych, ponieważ jego obrażenia (brak skóry na nosie, wystające kości nosa, odłamany fragment szczęki) wykluczyły możliwość skutecznego leczenia i przyszłego życia bez cierpienia.
 
 
Jeż potrącony przez samochód na ul. Ślężnej we Wrocławiu. Trafił do nas z obrażeniami w obrębie jamy brzusznej oraz skrajną niewydolnością oddechową. Mimo intensywnej terapii, został uśmiercony ze względów humanitarnych.
 
 
Jeż przez kilka dni bezradnie wałęsał się w biały dzień po podwórzu przy ul. Oleśnickiej we Wrocławiu. Któregoś dnia po prostu na nim bezwładnie leżał. Dopiero wtedy trafił do nas w stanie skrajnego odwodnienia (suchy jak wiór jeż rzucił się na wodę, choć już nie miał siły pić).  Mimo intensywnej terapii i natychmiastowym podaniu serii nawadniających kroplówek, jeż nie przeżył. Jego ciało zostało skierowane na sekcję lekarsko-weterynaryjną do Zakładu Patomorfologii i Weterynarii Sądowej UP, bo być może jej wyniki przyczynią się do uratowania innych jeży z podobnymi objawami.